Jak tu się właściwie znaleźliśmy? Na marginesie Morze oczekuje twojego powrotu i innych prac Erwina van Doorn i Inge Nabuurs
How did we get here anyway? Tangential thoughts on The Sea Awaits Your Return and other works by Erwin van Doorn and Inge Nabuurs

Charles Esche
29.05.2014


Starszym Europejczykom łatwo jest dziś narzekać. Dawne podstawy społeczne przestały istnieć, a wartości, które wyznawali, nie cieszą się już szacunkiem. Dla niektórych osób, mieszkających po zachodniej stronie małego kontynentu, ostatnie ćwierć wieku było naprawdę ciężkie. Koniec zimnej wojny oznaczał koniec statusu starej Europy jako bezpiecznej enklawy. Państwo opiekuńcze, pozbawione bezpiecznego schronienia pod okiem Stanów Zjednoczonych, przestało być tolerowane jako zło konieczne, gdyż widziano w nim, przede wszystkim, przyczynę marnotrawienia potencjalnych dochodów. Nowy kapitał ze Wschodu i Zachodu unikał raczej spójności społecznej i wykorzystał swoją szansę. Udało mu się zdyskredytować ideę równości i sprawiedliwości, słabości i socjalizmu. Ich żądania nie spotkały się z zaciętym oporem; wszystkie umiarkowane siły progresywne po prostu nie miały już energii. Niemniej jednak wśród lojalnych pracowników fabryk i usług było wielu, którzy stracili. Ich oddanie nie było już potrzebne, co odczuli z wielkim bólem.

Jest to obecnie historia nazbyt dobrze znana i nie ma w niej nic ciekawego dla młodszego pokolenia. Nie jest możliwe, aby młodzi ludzie jedynie utyskiwali nad swoim losem, więc generacja lat 90. przyjęła nowy styl i nieuniknione lekceważenie dla marzeń swoich rodziców. Wydawało się, że to dobry krok naprzód – od bezmyślnego marazmu polityki kolektywnej, w kierunku bogatych zasobów samospełnienia. I to działało przez długi czas, właściwie przez niemal 20 lat. Niemal całe pokolenie.




Erwin van Doorn & Inge Nabuurs, Scratched Object In Wrong Landscape, 2010, własność Buro DeFacto



Nie jest jasne, co sztuka tego okresu mogła oferować, zważywszy na to, że została w pełni zintegrowana z systemem. Sztuka została znormalizowana, stając się kolejnym produktem stylu życia z dodatkową osobowością, formą niszy dla konstruowania osobistej tożsamości. Marzenia awangardy umarły wraz z marzeniami o społeczeństwie posiadającym cel. To dobrze, że walki dotyczyły wtedy wyłącznie osobistych ambicji, dzięki temu wszystko było proste i wydawało się w porządku. I właściwie na co było narzekać? Tylko stara gwardia utyskiwała na niepewną pracę, inwazyjną technologię i zbyt gwałtowne zmiany – dla młodych wszystko to oznaczało prędkość i ekscytację; więcej wyborów, więcej wolności, mniej sztywnych kategorii. Artyści odnoszący największy sukces w owej epoce stanowią doskonałą ilustrację postępu społeczeństwa. Damien Hirst, Jeff Koons, czy Wade Guyton stawali się wraz z postępem dekady coraz więksi i (z definicji) coraz lepsi – tańczyli z supermodelkami i pili z najbogatszymi oligarchami. W zasadzie trudno wyobrazić sobie lepszy okres w historii na bycie sławnym artystą. Rembrandt, Michał Anioł czy Picasso nie mieli nic w porównaniu z tym.

Oczywiście całkiem sporo elementów tej opowieści spotkamy także obecnie. Rynek sztuki nadal kwitnie, a te same nazwiska zajmują pozycje na szczycie listy sprzedaży. Zatem zbyt pośpiesznym byłoby przeniesienie pierwszych lat XXI wieku do lamusa historii… A jednak zastanawiam się, czy słusznie wyczuwam powiew nowego.




Erwin van Doorn & Inge Nabuurs, Peep-box, … but now it needs to be done… , fragment instalacji,
Van Abbemuseum, 2011, fot. Peter Cox



Rzecz jasna, póki co, są to jedynie słabe sygnały; gdyby było inaczej, już dawno obstawialibyśmy właściwego konia. Jednak kilka wyraźnych znaków każe mi się zastanawiać. Jednym z tych znaków jest, pomimo swej niewielkiej nadal popularności, twórczość Erwina van Doorn i Inge Nabuurs.

Ich pierwsza duża instalacja, ... but now it needs to be done... […ale teraz to musi być zrobione…], oparta została na historii życia i trudów dziadka Erwina. Jest to temat przeciwny intuicji, odniesienie wykraczające poza lata dobrobytu w kierunku wielkiego konfliktu, który, w mniejszym czy większym stopniu, zabił Europę – wedle pewnego historycznego odczytania, od 1945 roku po prostu bawimy się na zgliszczach. Jest to jednak coś więcej niż temat, bowiem sama praca wykracza poza czas. Duża część instalacji pozostaje w ciemności, jest w niej teatralność nietypowa dla sztuki holenderskiej, choć niektóre jej elementy to czysty surrealizm, a inne przypominają działania z lat 60. Jest w niej także szczerość połączona z cynizmem, za którymi trudno nadążyć: obiekty traktowane są symbolicznie, pojawiają się w różnych formach, posiadają ślady obsesyjnych zachowań, są stare, a wszystko posiada dziwną religijną atmosferę, przechodzącą od pokuty do prozaicznego odkupienia. Być może związane jest to z faktem, że ani Erwin, ani Inge nie posiadają formalnego artystycznego wykształcenia. Czasami idą na oślep, jeśli chodzi o reguły sztuki, co często sprawia, że ich prace dużo bardziej afektywnie oddziałują na widzów.



Erwin van Doorn & Inge Nabuurs, Corridor Of The Penitent, …but now it needs to be done…,
fragment instalacji, Van Abbemuseum, 2011, fot. Peter Cox



Najnowsza instalacja, Morze oczekuje twojego powrotu, jest podobna w skali do opisanej wyżej pracy, jednak bada inne, nieznane wody. Tym razem ciemny labirynt jest bardziej rozległy i wejście do niego ma sens jedynie wtedy, kiedy wcześniej przejdzie się test. Jest to test pop psychologiczny, pozwalający wybrać obiekty, które określają osobowość. Każdy z 8 typów osobowości jest następnie wizualizowany w osobnych kabinach. Obrazy te są niejako niespójne – silne i przekonujące, ale jednocześnie kiczowate. Odwołania do memento mori są poważne, ale także brawurowe i niemal zbyt łatwe. Jednak mimo wszystko wciągają nas i nie jesteśmy w stanie oprzeć się chęci symbolicznego i osobistego ich odczytywania, wynikającej ze zgody na wzięcie udziału w teście. Czy ludzie są naprawdę tak próżni? Na to wygląda. Wystarczy połechtać ich poczucie osobistej tożsamości, będącej skutkiem działania ostatnich 25 lat, i poddają się w jednej chwili. Przynajmniej takie było doświadczenie na wystawie w Gdańsku. A może to dlatego, że praca ta wydaje się tak bezpretensjonalna w swym prostym oczekiwaniu, by ludzie dali się jej złapać i otworzyli się. A może jest tak dlatego, że wystarczy połechtać skórę Europejczyka, by znaleźć poczucie winy i złej karmy. Jakkolwiek, praca ta i jej odbiór wydają się krokiem w nowym kierunku; krokiem w kierunku nowych relacji z publicznością, innych niż zachwyt czy partycypacja. Jeśli chcielibyśmy dokonać porównania z wielką, śmiałą sztuką przełomu wieków, instalacja ta daje wrażenie raczej testowania ludzi, niż uwzględniania ich i zadawania pytań dotyczących systemu obiegu sztuki, czy tego, jak sięgnąć do ludzi, by dotrzeć do ich historii i psychologii.

Wydaje mi się, że w miejscu, z którego wywodzi się ta sztuka, można znaleźć jeszcze dużo więcej. Erwin i Inge mają jeszcze wiele historii do zbadania, czy to w Holandii, Indonezji, Polsce, czy jeszcze dalej. Rodzaj bezpośredniej życzliwości, która jest w ich pracach, jeśli ma się rozwijać, wymaga wsparcia innych artystów i kuratorów. Być może zatem jest to początek sztuki, która idzie gdzieś indziej, gdzieś, gdzie jeszcze nie byliśmy.


Tłumaczenie: Karolina Kolenda

Korekta: Kamila Wielebska i Tymoteusz Skiba

laznia.pl