My, dzicy Wiktorianie
We, wild Victorians


Dawno, dawno temu na pewnej dość dużych rozmiarów wyspie żyła sobie królowa. Nosiła wróżące wspaniałą przyszłość imię Wiktoria, zaś tytuł zaświadczający o potędze i zakresie jej władzy brzmiał: Królowa Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii… Była także władczynią nowopowstałych państw – Królową Nowej Zelandii, Królową Kanady, Królową Australii i Cesarzową Indii. Po objęciu tronu w 1837 roku panowała nieprzerwanie prawie przez 64 lata, a pod jej rządami Wielka Brytania stała się Imperium tak rozległym, że nigdy nie zachodziło w nim słońce. Podobno pierwszą decyzją młodziutkiej królowej było przeniesienie swego łóżka z sypialni matki do osobnego pokoju… To ona również wpadła na pomysł, aby podczas ceremonii ślubnej panna młoda występowała w białym stroju. Pomysł ten przyjął się na dobre i dziś każdy pokaz mody haute couture kończy się wyjściem na wybieg jednej z modelek, która w towarzystwie ojca-projektanta prezentuje kolejną odsłonę wariacji na temat sukni ślubnej królowej Wiktorii.




Oczywiście Londyn Wiktorii to również Londyn Sherlocka Holmesa i Kuby Rozpruwacza – nigdy nieistniejącego detektywa, mieszkającego pod adresem Baker Street 221b i nigdy niezłapanego seryjnego mordercy, na którego temat do dziś snute są różne spekulacje. Pojawili się w Londynie i w naszej wyobraźni mniej więcej w tym samym momencie, gdzieś około 1888 roku. Być może właśnie to słynny detektyw powołany do życia przez Sir Arthura Conan Doyle’a był jedynym człowiekiem, który mógłby rozwikłać zagadkę bestialskich mordów… gdyby tylko istniał. Gdy tajemniczy morderca grasował bezkarnie w okolicach Whitechapel, Sir Francis Galton, siostrzeniec samego Charlesa Darwina nie tylko wpadł na pomysł wykorzystania odcisków palców dla potrzeb kryminalistyki, ale został też twórcą teorii, która jego zdaniem pozwolić miała na stworzenie praktyki umożliwiającej „odsianie” z szeregów zdrowego społeczeństwa jednostek patologicznych i zdolnych do zbrodni. Eugenika, która bez wątpienia wpasowała się doskonale w kolonialny kontekst Imperium, pokazała definitywnie swe prawdziwe oblicze w latach 40. XX stulecia oraz – i to być może jest jeszcze nawet w pewnym sensie bardziej przerażające – również po wojnie w krajach takich, jak między innymi Stany Zjednoczone i Szwecja. „Naukę” tę jednak zapoczątkował Galton, stwarzając ją po to, aby z anonimowego miejskiego tłumu rozwijających się z niepokojącą prędkością skupisk Wielkiej Rewolucji Przemysłowej móc wychwycić przerażającą twarz mordercy… Kim był Kuba Rozpruwacz lub kto był Kubą Rozpruwaczem? Nie wiemy tego do dziś. Na długiej liście podejrzanych znajduje się między innymi nazwisko Lewisa Carrolla, zaś jego historie dla małych dziewczynek to rzekomo zaszyfrowane opisy popełnionych zbrodni. Już w samym tym pomyśle odczytania książki dla dzieci jako anagramów zawierających utajoną prawdę czai się coś z gruntu wiktoriańskiego. Dziwna mieszanka wiary w możliwość ogarnięcia świata za pomocą racjonalnego umysłu z jednej strony i rozkosze odkrywania jego dziwności i paranormalnych tajemnic z drugiej. Jak przypadek wspominanego już Sir Arthura, który za pomocą metod detektywistycznej indukcji (a nie dedukcji!) wyjaśniał ustami Sherlocka Holmesa to, co mniej sprawnym umysłom wydawać by się mogło diabelską sztuczką, sam jednak z upodobaniem uczestniczył w mglistych spotkaniach łatwowiernych spirytystów. Pogromcą tych ostatnich, jednym z najbardziej znanych demaskatorów fałszywych seansów i oszukańczych mesmeryzmów końca epoki był nie kto inny, jak słynny amerykański iluzjonista Harry Houdini i stało się to zresztą powodem zerwania przyjaźni z „ojcem” znanego detektywa.

Seanse spirytystyczne były wręcz plagą tamtych czasów, a ich „efekty” wielokrotnie utrwalone zostały dzięki rozwojowi nowej dziedziny, jaką była fotografia. Dziś trudno nam sobie chyba wyobrazić, jak wielkim szokiem dla ówczesnych ludzi musiały być te wszystkie nowe maszyny, które sprawiały, że odwieczne marzenia ludzkości mogły nagle zostać zrealizowane. Odkryto sposoby na to, jak przemieszczać się coraz szybciej, przesyłać głos na odległość, utrwalać obraz danej chwili… doprawdy trudno w to uwierzyć. A był to dopiero początek, gdyż wkrótce miały nadejść film i możliwość unoszenia się w powietrzu! Faktycznie, musiało to powodować entuzjastyczną wiarę w możliwości ludzkiego umysłu, absurdalnie wymieszaną z fascynacją tym, co niewytłumaczalne. Kiedy patrzymy na zdjęcia wiktoriańskich „duchów”, stajemy się świadkami narodzin surrealizmu, który na tych fotografiach wkrada się do historii tak bezszelestnie, że czasem ze zdziwieniem dostrzegamy, iż dany obraz utrwalony został nie pod koniec XIX wieku, ale na przykład w latach 30. kolejnego stulecia. Typowo wiktoriańską opowieścią o tajemniczej dwoistości, tym razem natury ludzkiej i walce dobra ze złem toczonej w naszych sumieniach jest opublikowana w 1886 roku opowieść pióra Roberta Louisa Stevensona o znanym londyńskim lekarzu, zatytułowana Doktor Jekyll i Pan Hyde. Fascynacja odkryciami naukowymi miesza się tu z lękiem, jaki ów niebywale szybki rozwój wywoływał – a wszystko to w oparach cudowności rodem z ludowych opowieści o wilkołakach i innych monstrach przywożonych zapewne do miasta przez napływającą z prowincji ludność. Była to podobno jedna z ulubionych lektur królowej Wiktorii.




Tymczasem jednak Leopold Sacher-Masoch i doktor Freud, kolejni wielbiciele ciemnych sprawek i meandrów ludzkiej duszy, mieszkali w Austrii... I choć najsłynniejsze dzieła tego ostatniego opublikowane zostały już na początku XX wieku, zaraz po śmierci angielskiej monarchini, to jego słynne praktyki, które stały się przyczynkiem dla późniejszych rozważań i teorii zostały przeprowadzone jeszcze pod koniec traktowanej z chronologiczną ścisłością, interesującej nas tu epoki. Kiedy Zygmunt Freud próbował w Wiedniu wyleczyć z miotającej nią histerii znaną sufrażystkę Berthę Pappenheim (pamiętajmy, że były to wciąż jeszcze czasy, kiedy każda kobieta, która śmiała domagać się swobodnego dostępu do edukacji i innych praw oraz swobód obywatelskich, mogła łatwo zostać uznana za szaloną lub nienormalną), wraz ze swą pacjentką odkrył – dość jednak, zauważmy, logiczny fakt – iż szczere mówienie o tym, co naprawdę myśli się i czuje przynosi znaczną ulgę. I tak Freud wpadł na trop psychoanalizy. W tym samym czasie wyrzucony ze swej ojczyzny (za szczere mówienie tego, co tak naprawdę myśli i czuje) niemiecki filozof Karol Marks siedział w londyńskim Camden Town pisząc kolejny tom Kapitału. Freud zamieszkał tu znacznie później, wygnany z Wiednia przez nazistów.




Spróbujmy jednak podejść do terminu wiktoriański poluzowując nieco jego ścisły związek z wyspiarskim klimatem. Rozsznurujmy sztywny gorset historycznego kontekstu po to, aby sprawdzić, czy możemy nazwać się dziećmi tej epoki bardziej uniwersalnie, bardziej globalnie, czy możemy to zrobić nawet w tak dziwnych zakątkach, w których – jak nam się zdaje – nigdy tak naprawdę nie istniała kultura mieszczańska, w miejscach takich, jak Polska... Kogo miał na myśli pisząc „My, Wiktorianie" Michel Foucault, który wiele lat temu po drugiej stronie Angielskiego Kanału (zwanego niekiedy również Kanałem La Manche) tak rozpoczynał jedną ze swych najważniejszych książek, Historię seksualności: „Długo jakoby znosiliśmy i po dziś dzień jeszcze znosimy reżim wiktoriański. Nasza seksualność – powstrzymywana, niema, obłudna – naznaczona byłaby piętnem imperialnej ciotki”1.

Aby niejako potwierdzić globalny wymiar historycznego wiktorianizmu, owego charakterystycznego klimatu epoki, stanowiącego coś w rodzaju „młodość” świata, w którym obecnie żyjemy, przywołam jednego z bohaterów własnego dzieciństwa, francuskiego pisarza Jules’a Verne, który żyjąc w latach 1828-1905 był naocznym świadkiem wiktoriańskiej historii. We Wspomnieniach dzieciństwa i młodości z 1884 pisze on tak: „Były to czasy latarni gazowych, szelek, straży narodowej i zapalniczek. Tak! Widziałem narodziny zapałek fosforowych, przypinanych kołnierzyków, mankietów, papieru listowego, znaczków pocztowych, krótkich spodenek, palta, składanych cylindrów, wysokich sznurowanych bucików, systemu metrycznego, parowców na Loarze, zwanych << nieeksplodującymi >> ponieważ wybuchały trochę rzadziej, niż inne, omnibusu, kolei, tramwajów, gazu, elektryczności, telegrafu, telefonu, gramofonu!”2.



Oto więc młodość! Jako moment narodzin nowoczesności przyjmuję datę 14 lipca 1789 roku. Tego właśnie dnia wzburzony lud Paryża sforsował bramy Bastylii, aby wypuścić na wolność Donatiena-Alphonse'a-Françoisa Markiza de Sade. O ważności owego momentu wspominałam już niegdyś w tekście kuratorskim towarzyszącym wystawie Odjazd na Cyterę, która miał miejsce latem 2008 roku w rokokowym Parku Oliwskim rozciągającym się wokół rokokowego pałacu pełniącego dziś rolę Muzeum mieszczącego zbiór sztuki współczesnej3. Ośmieliłam się wtedy zadać jakże fundamentalne pytania dotyczące naszej kultury, przeszłości, a także być może przyszłości: czy rokoko może stać się naszym antykiem? Pora na renesans rokoko? I jeśli nawet był to żart, to wypowiedziany całkiem serio. Dotyczył on bowiem bardzo ważnego, moim zdaniem, momentu w historii europejskiej kultury, kiedy to powstałe nowe idee przestały mieścić się we wciąż jeszcze starych formach, które to rozrywane, rozsadzane przez owe treści rozpoczęły swą wędrówkę prze-po-czwarzeń.
W czasie, kiedy wzburzony lud Paryża forsował bramy więzień i gilotynował swych przywódców, w kraju leżącym po drugiej stronie kanału La Manche (zwanym też niekiedy Angielskim Kanałem) rozwijała się już i nabierała rozpędu całkiem inna rewolucja. 10 lat później, w 1798 roku w londyńskiej dzielnicy Soho zastosowano po raz pierwszy oświetlenie gazowe. Jakiś czas później oświetlony był już cały Londyn, a brały z niego przykład kolejne miasta europejskie.

Teraz zaś interesować nas będzie to, co wydarzyło się od owego 1789 roku i co przywiodło nas do miejsca, w którym obecnie się znajdujemy. Chcę zbadać ścieżki, odnaleźć szlaki, którymi przybyliśmy tu poprzez meandry ogrodowego labiryntu… Jakże prosto i doskonale pokazała to Sally Potter w filmie nakręconym według ksiażki półwiktorianki Virgini Woolf. Oto grająca Orlando Tilda Swinton biegnie poprzez francuski żywopłot, szukając jakby wyjścia z tej niewygodnej pułapki formy, przeobraża się (już po raz kolejny) w zupełnie inną osobę, aby w tej nowej szacie pojawić się nagle w odmienionej scenerii teraz właśnie angielskiego ogrodu. Tajemnicza mgła wrzosowisk miesza się w jedno z parą wytwarzaną przez mechanizm nowoczesnej maszyny. Orlando spotyka tu swego ukochanego, niesionego wiatrem Shelmerdine’a, spotyka tu przyszłość. I gdybym powiedziała, że książka Woolf i film Potter opowiadają historię kobiety, byłaby to zaledwie część prawdy.


Projekt Wiktoriański będzie na początku internetowym projektem kuratorsko-badawczym, wykorzystujący hipertekstowe możliwości Internetu. Zebrane w ten sposób materiały mogłyby posłużyć następnie do stworzenia dwujęzycznej, polsko-angielskiej książki. Byłaby ona próbą spojrzenia na epokę wiktoriańską z punktu widzenia współczesnej kultury, a także odnalezienia źródeł współczesnych nam zjawisk, wywodzących się właśnie, jak się wydaje, ze wspomnianej epoki, próbą interpretacji współczesnej kultury poprzez ten właśnie kontekst. Będzie to więc początkowo rodzaj eksperymentu, usiłowanie dotknięcia tematyki wiktoriańskiej w jak najszerszym zakresie, zarówno poprzez szukanie i budowanie linków do artykułów i stron już istniejących w Internecie, jak i – przede wszystkim – poprzez współpracę z zaproszonymi autorami. Naszym wspólnym celem będzie więc nie tylko prześledzenie trwania wątków wiktoriańskich we współczesnej sztuce i szeroko pojmowanej kulturze europejskiej – do współpracy pragnę zaprosić przedstawicieli różnych dziedzin, z kulturoznawcami, literaturoznawcami, badaczami architektury, historykami sztuki, filozofami i artystami na czele, jak i odpowiedzenia sobie na pytanie, jak to możliwe, że Michel Foucault mógł zacząć, jedną ze swych najważniejszych książek od słów: „My Wiktorianie”?.





Dlaczego jednak moi Wiktorianie są dzicy? Otóż, sięgnęłam do jeszcze jednej książki, aby przywołać towarzyszący mojemu dzieciństwu mit podróży do kraju zwanego Papua-Nowa Gwinea, położonej na licznych wyspach rajskiej krainy surrealistycznych ludożerców, wśród których dziś większość deklaruje protestantyzm. Wydana w 1972 roku (pierwsze wydanie I tomu dzieła Foucault 1976) książka polskiego podróżnika Wojciecha Dworczyka My dzicy Papuasi przywołuje to wszystko, czym jest, czym może być dla przedstawiciela kultury euroamerykańskiej wyprawa do odległej, egzotycznej krainy: fascynacja „obcym” pięknem i dzikością, ucieczka ze sztucznego świata norm i konwenansów do raju „dziecięcej” niewinności, mit kształtującej i przeobrażającej podróży, mit „niesienia” cywilizacji, a wreszcie opowieść o europejskiej ciekawości, mobilności i pomysłowości, której drugą, mniej chwalebną stroną są podbój i podporządkowanie, święcące w wiktoriańskim kolonializmie dwuznaczny i do dzisiaj brzemienny w skutki triumf.




Cóż możemy znaleźć dzisiaj interesującego i ważnego w tej odległej i dziwnej epoce? Czy próbując przyjrzeć się i zrozumieć żyjących wtedy ludzi, ich pragnienia, upodobania, lęki i obyczaje, możemy dowiedzieć się też czegoś o nas samych? W naszej kulturze zwykliśmy zazwyczaj pojmować czas jako chronologiczny ciąg wydarzeń rozwijający się linearnie od punktu mitycznego prapoczątku ku majaczącej gdzieś na horyzoncie świadomości końca wszystkich rzeczy. To z pewnością pożyteczna wizja, która pozwoli także nam tutaj mówić o świecie w sposób ciągły, dając sposobność do odnalezienia w gmatwaninie historii zagubionych wątków, czekających na nas, niczym złota nić Ariadny czekała niegdyś na dłoń odważnego Tezeusza. Ale Tezeusz najwyraźniej nie wystarcza Ariadnie… W historii pojawia się – niczym z siebie toczące się koło – Zwycięski Dionizos. Nadchodzi niespodziewanie, jak fala nagłego przypływu i atak szaleństwa, które okazuje się być najwyższą mądrością. Wraz ze swym barwnym orszakiem pojawia się ten dziwny bóg – mężczyzna w przebraniu kobiety lub – kto wie? – może kobieta wyglądająca jak mężczyzna… Odurza i uwodzi. A kochać „bez pamięci” oznacza, że przeszłość i przyszłość zostają przez tę gwałtowną falę zniesione i znajdujemy się oto na bezludnej wyspie, gdzie istnieje tylko to, co jest, tylko ta jedna nieskończona chwila, której wieczne trwanie zostanie na zawsze przebaczone.

Jak pisał Friedrich Nietzsche (a zawarł on całego siebie w słowach, które pisał, ale nigdy nie odważył się być całym sobą w życiu, które prowadził) w liście z 3 stycznia 1889 adresowanym:

„Do księżniczki Ariadny, mej ukochanej.
[…] Tym razem jednak przychodzę jako zwycięski Dionizos, który chce na ziemi uczynić święto… Nie mam zbyt wiele czasu… Niebiosa cieszą się, że tu jestem…”4.

Oczywiście możecie potraktować te słowa jako kolejne świadectwo historii, zwłaszcza jeśli jesteście profesjonalistami kształconymi właśnie po to, aby poznawać jej drogi i interpretować jej fakty. Ale co byście powiedzieli? Co byście zrobili, gdybym naprawdę powrócił raz jeszcze, aby na ziemi uczynić święto?


Kamila Wielebska
20.03.2009



Przypisy:

1. M. Foucault, Historia seksualności, przeł. B. Banasiak i K. Matuszewski, Warszawa 2000, s. 13.
2.Tłumaczenie własne według tekstu źródłowego dostępnego na stronie
http://jv.gilead.org.il/works.html [data dostępu: 25.02.2009].
3. http://www.obieg.pl/prezentacje/4446 [data dostępu: 25.02.2009].
4. F. Nietzsche, Listy, przeł. B. Baran, Warszawa 2007, s. 373.
W angielskim tłumaczeniu tekst dostępny na stronie: http://www.geocities.com/thenietzschechannel/nilett7.htm



Wszystkich, którzy poczuli się zainspirowani, zapraszam do współpracy.

laznia.pl